Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/390

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   364   —

— Żeby dostał do krawędzi wieży.
— Będzie taki, a może nawet trochę dłuższy.
— Człowieku, niech cię uścisnę! Pójdź do mej piersi! Tyś jest radością mojego istnienia, rozkoszą życia i szczęściem dni moich! Mamy więc sikawkę i węża. To zachwycające! Wąż tak długi, jak mi właśnie potrzebny. Ktoby pomyślał, że tu w Kilissely znajdzie się taki przyrząd!
— To łatwo pojąć. Bez węża i sikawka nie pomogłaby wiele, bo musielibyśmy wodę nosić z daleka — odpowiedział Janik.
— Ze stawu?
— Nie; to byłoby za daleko. Jest tu zaraz koło wieży przy samym murze wielki su deliki[1], zawsze napełniony. Tam się stawia sikawkę, a węża ciągnie się tam, gdzie się pali.
— Su deliki, z którego można napełnić sikawkę! Czy głęboki, czy wielki? Czy dużo tam jest wody?
— Nie wiem, naco ci wody potrzeba, ale myślę, że do twego zamiaru wystarczy.
— Tak sądzisz? To rzeczywiście wspaniałe! Słowa twoje są jak krople rosy, spadające na niwy spragnione. Mowa twoja warta sto piastrów i gdy kiedyś zostanę bin kire bin sahibi[2], otrzymasz nawet tysiąc. Więc ty nie wiesz, naco mi wody potrzeba?
— Nie.
— I nie przeczuwasz?
— Nie.
— W takim razie niech Allah chroni twój mózg, podobny do wyschłej studni. Uważaj, mój zihdi pewnie już odgadł, co zamierzam. Nieprawdaż, panie?
Ponieważ to pytanie do mnie było zwrócone, przeto skinąłem głową.

Z oczu jego biła wewnętrzna radość. W zachwyt wprawiał go pomysł spłatania figla naszym wrogom. To

  1. Zbiornik wody.
  2. Milionerem.