Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   242   —

powierzonych. Spodziewam się, że niewielu z nich zginie.
Powiedziałem to w tonie żartobliwym. Odpowiadając, wpadł weń gospodarz odrazu:
— Będą walczyć jak lwy. Nie mają wprawdzie takiej broni, jak my, ale swojej umieją dobrze używać. Tutejszą strzelbą nie możnaby odbić żelaznego okucia. Nie widziałem jeszcze nigdy tak ciężkiej strzelby.
Zdjął ze ściany rusznicę i ważył ją w ręce.
— Czy cię jej noszenie nie męczy?
— Nie; przywykłem do tego.
— Dlaczego jednak robią u was tak ciężkie strzelby? ęka boli pewnie podczas mierzenia.
— Teraz już takich nie wyrabiają. To bardzo stara strzelba. Należy do gatunku, który nazywano zabijaczami niedźwiedzi, ponieważ używano ich do polowań na te zwierzęta. W Ameryce jest gatunek szarych niedźwiedzi, które są tak silne, że wołu uniosą. Żadna kula nie sprowadzała u nich pewnej śmierci, tylko z takiej ciężkiej strzelby.
— Czy kładłeś trupem także takie niedźwiedzie?
— Tak. Na cóż miałbym taką strzelbę?
— Ale w jakim celu wleczesz ją ze sobą tam, gdzie niema niedźwiedzi?
— Bo podczas swojej podróży przejeżdżałem przez okolice, w których brak wprawdzie niedźwiedzi, ale za to żyje inna mocna zwierzyna. Mierzyłem z niej do lwa i do czarnej pantery. Zresztą mimo ciężaru dobrze z niej celować wolną ręką. Widziałeś zaś dzisiaj, że mi wyświadcza inne jeszcze dobre przysługi.
— Czy jest nabita?
— Tak. Ilekroć tylko wystrzelę, wkładam nabój natychmiast. To już zwyczaj myśliwski.
— W takim razie wolę ją położyć. A co to za szczególna broń, ta druga strzelba?
Muszę zauważyć, że siedzieliśmy przy stole, umieszczonym pod otwartem oknem; ja zwrócony twarzą do okna, a Halef plecyma. Po prawej ręce był gospodarz, po lewej Omar, a poza mną stał Osko, który właśnie