Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   241   —

W wyrazie jego twarzy był rys, który zniewalał mnie do wniosku, że jest w grze małe oszustwo. Był to prawdopodobnie człowiek uczciwy, ale teraz ukrywał przed nami coś, co było w ścisłym związku z rozpoczętą tak pięknie wyprawą.
— A jeśli nie będą mieli szczęścia — rzekł — to co potem?
— To nie schwytamy łajdaków.
— Ja mam piwo na myśli.
— To się i tak wypije.
— A koźlęta?
— Zje się je także.
— Mówisz jak mędrzec, panie, bo jeśli Aladżych niema, to nie pomoże i największa odwaga.
— Już marszałek się o to postara, żeby odeszli. Jego muzyka wezwie ich do tego. A może ostrzegł ich już przedtem?
— Ostrzegł? Jak to rozumiesz?
— No, mógł pobiec do nich, aby im z całą prostotą donieść, że daremnie czekają na nas, bo znajdujemy się już u ciebie.
Spojrzał na mnie badawczo, czy nie żartuję.
— Effendi, co też ty przypuszczasz!
— Coś możliwego i nawet bardzo prawdopodobnego. Przy tej sposobności mógł im także powiedzieć, żeby zeszli z drogi cokolwiek, bo musi teraz zwołać walecznych na wyprawę przeciwko nim.
— Tego chyba nie uczynił. To byłoby wbrew jego powinności.
— Gdybyś mu to jednak nakazał?
Poczerwieniał, popatrzył na bok i poskarżył się głosem niepewnym:
— Posądzasz mnie o coś takiego?
— Wyglądasz mi tak niezmiernie chytrze. Zniknęła obawa o twych bohaterów, a pierwszy z nich nadszedł tak późno, że istotnie podejrzewam, iż twój cabtie zrobił sobie małą przechadzkę do zarośli. Nie chcę jednak robić ci zarzutu z powodu troskliwości o mieszkańców, twej opiece