Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   59   —

już tam na górze przyszło na myśl. Zawołałem Nebatię napowrót i zapytałem:
— Czy znasz roślinę, zwaną hadad (koźle ciernie)?
— Tak, bardzo dobrze. Ma kolce i gorzkie jagody w kształcie pieprzu.
— Czy rośnie tutaj?
— Tu nie, ale w kierunku Banji.
— Szkoda! Potrzeba mi liści tej rośliny.
— Możesz je dostać.
— Od kogo?
— Od aptekarza, któremu je często musiałam przynosić.
— Na jakie choroby ich używa?
— Na plastry przeciw bolączkom. Wywar pomaga na choroby uszne i gnicie dziąseł, przeciwko ciemnieniu w oczach i pękaniu warg.
— Dziękuję ci! Kupię sobie.
— Czy mam ci przynieść, effendi?
— Nie, sam sobie przyniosę.
Roślina ta działa w osobliwy sposób; chciałem jej właściwości na sobie spróbować! Nie wiedziałem tylko, czy skutek działania jest rzeczywiście pewny.
W drodze do domu opowiadali obaj gospodarze o bohaterstwach, jakich byliby dokonali, gdyby im zbiegowie byli weszli w drogę. Nie zważałem na tę paplaninę. Przybywszy do oberży, wszedłem do naszej izby na górze. Nie mogliśmy zaraz zasnąć. Dzień ubiegły tyle nastręczył wrażeń, że podrażniony duch nie łatwo się uspokoił.
— Zihdi — zapytał hadżi — jak długo tu pozostaniemy?
— Nie mam bynajmniej ochoty bawić dłużej w tej norze, niż potrzeba.
— I ja nie, zihdi. Porwał mię wstręt do tych ludzi. Czy nie byłoby najlepiej zaraz jutro odjechać?
— Jutro? Chyba dzisiaj, bo już ranek niedługo. Wcale o tem nie pomyślałem. Wyśpijmy się, a potem ja odwiedzę Nebatię i pojedziemy.