Przejdź do zawartości

Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.
—   169   —

Ujrzawszy mnie, spytali, czy nie przejeżdżało tędy wczoraj czterech jeźdźców, z których jeden nosił turban szirfa[1] i kolorowe okulary n a nosie. Między końmi miał się znajdować kary Arab.
 — A co ty odpowiedziałeś? — zapytałem z zaciekawieniem.
 — Pomyślałem sobie zaraz, że to Aladży, o których mówiliśmy ze sobą i zataiłem przed nimi prawdę.
 — Hm! To ci chyba nie wyszło na dobre.
 — Domyślasz się?
 — Dzieci pewnie już były zdradziły.
 — Tak jest w istocie. Aladży zaczęli mnie bić harapami i zagrozili śmiercią, jeśli im prawdy nie wyjawię.
 — To bardzo słuszne, że wyznałeś im prawdę.
 — Czy wiesz, że to uczyniłem?
 — Poznaję to po twoim wzroku niepewnym. Obawiasz się, czy błędu nie popełniłeś i dlatego nie masz spokojnego sumienia.
 — Effendi, wzrok twój mówi ci prawdę zaiste. Mogłem wprawdzie wymknąć się ich razom, ale wtedy postąpiliby prawdopodobnie okrutnie z ojcem i dziećmi, ponieważ zaś one już wszystko wypaplały, przeto przyznałem się, że u mnie byłeś.
 — Ale chyba nic więcej.
 — Chciałem im dać tylko tę wiadomość, ale oni wypytali już dzieci dokładnie i dowiedzieli się, że wysypaliście z butów żywność, że darowaliście pieniądze dziadkowi i że mam was dziś poprowadzić do Taszkoj, gdzie byłem poprzednio z owymi złymi ludźmi.
 — Musiałeś to natura lnie potwierdzić.
 — Nie było innej rady. Ty mi to wybaczysz.
 — Nie mogę się gniewać za to na ciebie; nie powinienem był wspominać o tem przy dzieciach. Czy rabusie mieli strzelby ze sobą?

 — Oczywiście, a sami wyglądali tak, jak gdyby

  1. ↑ Liczba mnoga od szeryf.