Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   170   —

ich co złego spotkało. U jednego zauważyłem plaster na górnej wardze, a nos jego miał barwrę śliwki.
— To był Bybar, któremu rozdarłem górną wargę. Ale on nosił wąsy?
— W takim razie obciął je, aby ranę plastrem zalepić. Nie on też mówił, lecz drugi, który znowu tak źle siedział na siodle, jak gdyby miał krzyże złamane.
— Rzuciłem nim o drzewo i czuje to pewnie jeszcze. Co potem zrobili?
— Uderzyli mnie jeszcze kilka razy i udali się ku Radowicz.
— Temu nie wierzę. Przypuszczam, że pojechali do lasu, przez który masz nas poprowadzić. Tam zamierzają na nas napaść. Bezwątpienia znają te okolice.
— Całkiem dobrze odgadłeś, effendi. Ja taksamo myślałem i śledziłem ich skrycie. Istotnie zwrócili się niebawem na prawo ku górom.
— Siedzą tam teraz i na nas czekają. Przedewszystkiem muszą wiedzieć, jak daleko posunąłeś się w swoich zeznaniach. Powiedziałeś więc, że jestem w Radowicz; czy mówiłeś także, że jestem chory na nogę i że będę może musiał zostać w Radowicz?
— Nie, ani słowa.
— Będą nas zatem dzisiaj oczekiwać. Czy nie pytali, kiedy wyruszymy?
— Tak, a ja udałem, że się o tem muszą dopiero dowiedzieć. Potem przysięgli, że mnie zamordują i spalą moją chałupę, jeślibym ich zdradził. Oświadczyli przytem, że są Aladży, o których, zdaniem ich, niezawodnie słyszałem i dodali zapewnienie, że stanowczo wykonają swą groźbę.
— A ty mimoto nie dochowujesz tajemnicy.
— To mój obowiązek i moja wdzięczność, effendi. Może zdołasz tak zarządzić, żeby im się zdawało, iż milczałem.
— To się da łatwo uskutecznić. Jestem ci oczywiście wdzięczny za ostrzeżenie, bez którego mogłoby rzeczywiście źle być z nami.