Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   168   —

siągłem pomścić śmierć mego ojca i muszę słowa dotrzymać. Jeśli jutro razem nie pojedziecie, to ja sam wyruszę. Nie zaznam spokoju, dopóki nóż mój nie utkwi w sercu mordercy.
Brzmiało to dziko i nie po ludzku. Jako chrześcijanin byłem bez zastrzeżeń zwolennikiem nauki: „Miłujcie swoich nieprzyjaciół“. Ilekroć jednak odżyła mi w pamięci owa straszna chwila, w której ojciec Omara, nasz przewodnik, zniknął pod okropną powłoką solną szotu, opanowywało mię uczucie, że przecież ten zbrodniczy czyn musi się spotkać z zasłużoną karą. Czy z karą w rozumieniu Omara, to zależało od danej chwili. W każdym razie byłem daleki od tego, by puszczać płazem jakiekolwiek brudne, barbarzyńskie morderstwo.
Byłbym spał pewnie do późna rano, gdyby mnie nie zbudzono. Na dworze stał koszykarz i prosił o chwilę rozmowy ze mną. Przyjąłem go niemal gniewnie z powodu przeszkodzenia mi we śnie, ale ujrzawszy jego szwagra, gospodarza z przydrożnej wioski, wchodzącego za nim, domyśliłem się, że był powód do przerwania mi snu i okazałem oblicze przyjazne.
— Panie — rzekł gospodarz wioskowy — nie przypuszczałem, że cię tak rychło zobaczę. Przebacz, że ci przerywamy spoczynek, ale muszę ci donieść coś bardzo ważnego; idzie o wasze życie.
— Znowu? Jest nadzieja, że nie będzie tak źle, jak się tobie zdaje.
— Byłoby tak źle, gdybym ciebie nie ostrzegł. Obaj Aladży byli tu u mego brata.
— Ach! Kiedy?
— O zmierzchu — odpowiedział koszykarz, do którego zwróciłem się z tem pytaniem. — Obudziliśmy się bardzo rychło; radość z powodu twoich podarków nie pozwoliła nam spać zbyt długo. Nawet dzieci już były powstawały. Ja zszedłem do rzeki popatrzeć, co się dzieje z nastawionemi na noc wędkami. Wróciwszy, zastałem na srokatych koniach przed drzwiami dwu obcych, rozmawiających z dziećmi. Ojciec leżał jeszcze na łóżku.