Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   106   —

— Naprawdę? I mówiłeś z nimi?
— Ze wszystkimi czterema!
— Czy poznałbyś ich, gdyby cię teraz spotkali?
— W tej chwili.
— To dobrze, bardzo dobrze. Czekamy właśnie na nich, bo musimy z nimi pomówić. Ponieważ jednak nie widzieliśmy ich nigdy jeszcze, moglibyśmy się pomylić... Czy pokażesz ich nam, gdy nadjadą?
— Bardzo chętnie, jeśli nie będzie trzeba czekać zbyt długo.
— Przecież masz czas!
— Nie; muszę jutro stawić się w Skopii.
— Zabawisz tu najwyżej trzy godziny.
— O to dla mnie zadługo.
— Zapłacimy ci.
— Zapłacicie? O to zmienia postać rzeczy. Ileż chcecie zapłacić?
— Pięć piastrów za czas, który upłynie do ich przyjazdu.
— A jeśli wcale się nie pokażą, albo tak późno, że nie będę mógł jechać dalej z powodu ciemności?
— To zapłacimy tu za ciebie nocleg i jedzenie.
— No, to zostanę, ale musicie mi zaraz dać tych pięć piastrów.
— Szeryfie, czy sądzisz, że nie mamy pieniędzy?
— Nie, lecz sądzę, że ja ich nie mam i dlatego chciałbym coś dostać.
— Tę drobnostkę możemy ci z łatwością z góry wypłacić. Masz!
Rzucił na stół dziesięć piastrów, a kiedy nań spojrzałem zdumiony, rzekł pogardliwie:
— Weź je, jesteśmy bogaci! Mieli istotnie dość pieniędzy, bo woreczek był duży i brzmiał zeń dźwięk złota.
Zaczęto mię teraz wypytywać o moją osobę. Musiałem dokładnie opisać siebie i mych towarzyszy i zapewnić, że byłem świadkiem tego, iż się kule wcale ich nie chwytają.