Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   166   —

— A kiedy go chcesz opatrzyć?
— Jeszcze dziś wieczorem.
— O Allah! Więc ma leżeć do jutra? Ty go zabijesz. Jeśli chcesz ćwiczyć się na nim, to pamiętaj, że nie wolno tego czynić na wszystkich członkach, tylko na jednym, a następnie musisz zaraz zdjąć opatrunek, skoro stwardnieje. Wiedz zresztą i to, że w opatrunkach można wycinać okna.
— Naco?
— Dla oglądania i opatrywania poszczególnych miejsc. Nie masz nauczyciela, któryby ci to pokazał, ani książki do nauki. Musisz się więc sam zastanawiać i robić próby
— Effendim, zostań tu i ucz mnie! Wszyscy lekarzetych okolic będą twoimi uczniami.
— Tak, a my wszyscy podamy się na modele — zaśmiał się Halef. — Tego jeszcze brakowało! Zdobyłeś dość wiedzy tego popołudnia, a teraz staraj się radzić sobie nadal sam.
— Skoro powołujecie się na brak czasu, to z przykrością wyrzekam się nauki. A to prawda, że dzisiaj sporo się nauczyłem i nie wiem, jak się odwdzięczyć. Pieniędzy nie weźmiesz. Dam ci zatem pamiątkę, effendim; ucieszysz się tem nadzwyczajnie.
— Cóż to takiego?
— Kilka szklanek spirytusu ze wszystkimi rodzajami tasiemców i robaków brzusznych, które ci zrobią wielką przyjemność. Ja jednak ofiaruję ci je z całego serca.
— Dziękuję ci! Szklanki zawadzałyby mi tylko w podróży.
— Żałuję bardzo, ale mimo to chcę ci dać dowód, jak cię miłuję. Daruję ci najulubieńszą rzecz, jaką posiadam, tj. szkielet. Sam kości skrobałem, gotowałem i bieliłem.
— I za to muszę podziękować niestety.
— Czy chcesz mnie obrazić?
— Wierz mi, że nie. Widzisz przecież, że nie mogę zabrać ze sobą szkieletu na konia.