Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   165   —

— Toż mu dopiero żebra pogruchocesz, albo wbijesz mu dłuto w piersi.
— A czegóż się używa do tego?
— Nożyc, noża, albo odpowiedniej piłki, stosownie do miejsca i grubości opatrunku.
— W koszu mam piłkę do kości i zaraz ją przyniosę.
— Sprowadź tu zarazem mego małego towarzysza. On ci pomoże, gdyż ja nie mogę.
Gdy nadszedł Halef, zaraz po kilku wskazówkach zabrał się do skorup gipsowych mimo sprzeciwiania się lekarza. Była to praca ciężka i trwała dotąd, dopóki „model“ nie został uwolniony od wszystkich opatrunków. Tymczasem trzeba było zapalić światło, bo noc zapadła. Biedak, którego lekarz oprócz wszystkich innych opatrunków chciał jeszcze zmusić do skurczu mięśni szczękowych, nie powiedział ani słowa. Dopiero gdy usunięto ostatni bandaż, rzekł do mnie:
— Dzięki ci, panie!
Jednym skokiem znalazł się za drzwiami.
— Stój! — krzyknął za nim grubas. — Ja potrzebuję ciebie jeszcze! Zaraz znowu się zacznie!
Ale wołanie pozostało bez skutku.
— O, tam biegnie! Co ja zrobię teraz z tym pięknym gipsem, z watą i bawełnianą materyą?
— Zostaw go! — odpowiedziałem. — Cóż ty sobie myślałeś? Zawartością tego kubła mógłbyś ogipsować dwa domy. Część tego zużyję ja, bo sądzę, że czas już mnie opatrzyć.
— Pięknie, pięknie, effendim! Zaraz się do tego zabiorę.
— Powoli, powoli! Postępuj dokładnie wedle moich wskazówek!
Zapalił się do tego niesłychanie. Podczas opatrywania opowiadał mi o nieprawdopodobnych leczeniach, jakich się już dopuścił. Gdyśmy skończyli, zauważył:
— Tak, to zaiste całkiem co innego! Sprowadzę znowu próbnego pacyenta i przyślę go jutro do ciebie.