Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   9   —

Kodża basza nie wiedział, co ma robić, a czego nie. Zdał to już na mnie. Skorzystał jednak czemprędzej ze sposobności i usiadł napowrót na swojem krześle urzędowem. W ten sposób ocalił przynajmniej honor.
Jego współsędziowie zachowali się milcząco. Odczuwali zapewne coś w rodzaju przygnębienia.
Kawasi zrozumieli, że moje akcye poszły w górę, a przypuszczając, że dzięki temu jestem w lepszym humorze i nie przedstawiam już dla nich niebezpieczeństwa, zbliżyli się znowu jeden za drugim.
— Zwiążcie tego nicponia! — rozkazałem. — Skrępujcie mu ręce!
Usłuchali w tej chwili, a żaden z obecnych urzędników sądowych nie sprzeciwił się mej samowoli.
Mibarek przekonał się widocznie, że najlepiej się poddać. Pozwolił się więc związać bez oporu i usiadł potem na swojem miejscu, gdzie skulił się w sobie. Członkowie sądu powstali szybko ze swoich miejsc. Nie chcieli dzielić ławy ze zbrodniarzem.
— A teraz wrócimy do twego wyroku — rzekłem do kodży baszy. — Czy znasz ustawy swojego kraju?
— Naturalnie, że je znać muszę — odparł. Uczyłem się w wyższej szkole.
— Nie wierzę temu.
— Czemu nie? — spytał dotknięty. — Znam całe prawo duchowne, oparte na Koranie, na Sunnie i na wyrokach czteru pierwszych kalifów.
— Czy znasz także milteka el buher, czyli wasz kodeks cywilny i karny?
— Znam. Ułożył go szejk Ibrahim Halebi.
— Jeżeli rzeczywiście znane ci są te przepisy, dlaczego wedle nich nie postępujesz?
— Trzymałem się ich surowo zawsze i dzisiaj.
— Nieprawda. Napisano tam, że sędzia przed ogłoszeniem choćby najgorszemu zbrodniarzowi wyroku musi mu dać sposobność i czas do obrony. Wy zasądziliście mego przyjaciela i opiekuna, nie dopuszczając go do słowa obrony. Wasz wyrok nie jest zatem prawomocny.