Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   177   —

poszedł do poblizkiego lasu po żywicę i zrobił z niej i z masła plaster, który przyłożył do rany.
— Dwaj podróżni przybyli? Coza jedni?
— To były dopiero prawdziwe twarze wisielców. Warto było ich zobaczyć! Spali poprzedniej nocy u pewnego gospodarza w Dabili i...
— Ach, znam ich. To byli bracia. Nie spostrzegłeś tego?
— Tak, usłyszałem niebawem, że są braćmi tak samo jak Aladży. Znali ich i was.
— A czy wiedzieli, że spotkają Aladżych?
— Nie. Obie pary braciszków zdziwiły się z powodu tego przypadku, ale radość ich była większa od zdumienia, gdy się dowiedzieli, że ich ten sam cel sprowadził: chęć zemsty nad wami.
— Wierzę. Pewnie zaczęli potem sobie opowiadać!
— Dużo, bardzo dużo: o Edreneh, o Menlik, skąd umknęliście tak szybko, chociaż miano was tam uczynić nieszkodliwymi. Staliście się dla nich przez to podwójnie niebezpieczni, że z gołębnika podsłuchaliście ich narady i dowiedzieliście się, że ci, których ścigaliście, znajdowali się w ruinach Ostromdży. Jeszcze niebezpieczniejsze było to, że brat gospodarza z Ismilan uważał was za prawowitych posiadaczy kopczy i poradził wam, żebyście się udali do Zbigancy.
— Tak, pewnie, że popełnił przez to największe głupstwo, ale nam przyjdzie z trudem, albo wcale nie uda się z tego skorzystać.
— To prawda. Skoro Aladży usłyszeli, że wiecie o derekulibe koło Zbigancy, ogarnęła ich wściekłość. Utrzymywali, że należy temu przeszkodzić w każdym razie i że powinni rzucić się na was zaraz tu na otwartej drodze.
— Więc aż dotąd mniemali, że nie przejechaliśmy jeszcze.
— Tak. Usiedli w ten sposób, że nikt nie mógł przejść, nie będąc przez nich dostrzeżonym. Tamci dwaj chcieli im dopomagać. Było ich teraz czterech na czte-