Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/322

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   302   —

— Effendi — rzekł — nie wiem, co twoje postępowanie oznacza.
— Wszak powiedziałem!
— Czy jestem wolny?
— Tak i możesz się udać, gdzie chcesz.
— I niczego odemnie nie żądasz?
— Nie.
— Nawet przyrzeczenia, żeby ciebie oszczędzać?
— Ani mi się śni!
— Ależ ja muszę ciebie zabić!
— Spróbuj tylko!
— Sam wiesz, że mam się dziś wieczorem udać do towarzyszy.
— Wiem i nic nie mam przeciwko temu.
— Czy wiesz także, gdzie oni na mnie czekają? W twarzy jego zaznaczyły się objawy walki wewnętrznej. Duma i łagodność, nienawiść i wzruszenie walczyły z sobą. Potem powiedział:
— Czy nazwiesz mnie tchórzem, jeśli przyjmę od ciebie wolność?
— Nie. Ja uczyniłbym to także, a uważam siebie mimoto za odważnego człowieka.
— Dobrze, więc przyjmę życie od ciebie. Niktby mnie już nie dotknął, gdybym je sobie pozwolił darować przez mordercę brata, aby zemsty zaniechać. Krwawa zemsta dzieli nas nadal, ale niech zamilknie na razie. O to tam mój czekan leży na ziemi. Podnoszę go i daję ci, chociaż jest właściwie twym łupem prawowitym. Czy wiesz, co to znaczy?
— Nie.
— To znak, że krwawy odwet pozostaje w zawieszeniu na razie. Skoro mi oddasz siekierę, rozpocznie się na nowo.
— A więc dopóki ją zatrzymam, nie będzie walki między nami?
— Tak. Czy przyjmujesz?
— Biorę.
— Gdzie mój koń pobiegł?