Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   29   —

dym razie do Radowicz i Isbit. Po drodze mieli tam na was napaść Aladży.
— Kto to Aladży?
— Ja nie wiem. Potem nadszedł kodża basza. Ponieważ klucza nie było, wywalili drzwi nogami. Zapalono światło i otwarto okiennice tuż nad mojem ukryciem. Z okna wyleciały ptaki, nietoperze i inne zwierzęta, które Mibarek puścił na wolność. Zlękłam się i popędziłam, jak mogłam ku miastu i do ciebie. Oto, co ci miałam powiedzieć.
— Dziękuję ci, Nebatio! Jutro dostaniesz za to nagrodę. Idź teraz do domu! Ja nie mam już więcej czasu.
Powróciłem do domu. Budzić nie trzeba było nikogo. To, że do mnie pukano, świadczyło dostatecznie o tem, że coś zaszło; wszyscy więc wstali. W kilka minut byliśmy uzbrojeni i ruszyliśmy w drogę: Halef, Osko, Omar i ja. Obaj gospodarze chcieli zaalarmować miasto, ale im nie pozwoliłem. Zbiegowie usłyszeliby hałas i toby ich ostrzegło. Poleciłem gospodarzom zebrać jeszcze kilku dzielnych ludzi i obsadzić nimi drogę, wiodącą do Radowicz. W ten sposób musieli im zbiegowie wpaść w ręce, gdyby nie udało się schwytać ich przedtem.
My czterej pobiegliśmy najpierw ścieżką pod górę; dopiero gdy dostaliśmy się do lasu, zwolniliśmy kroku. Z powodu nierówności terenu musieliśmy uważać, żeby nie upaść. Droga wiodła stromo pod górę i usiana była kamieniami pomiędzy drzewami, ponieważ spływająca woda deszczowa zabrała z czasem większe części gruntu.
Wtem wydało mi się, że doszedł mnie krótki ostry głos ludzki, jak gdyby ktoś w trwodze wyrzucił z siebie krótkie wysokie „I“. Potem usłyszałem jakiś tępy odgłos, jakby ktoś runął na ziemię.
— Stać! — szepnąłem do towarzyszy. — Ktoś jest przed nami. Stójcie i zachowujcie się całkiem cicho.
W kilka chwil zbliżył się do nas odgłos kroków. Były nieregularne, gdyż ten, który je stawiał, posuwał jedną nogę wolniej i ciszej niż drugą. Kulał. Może skaleczył się podczas upadku.