Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/489

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   459   —

śmiać się ze siebie, zapamiętaj to sobie! Czy ty znasz moje imię?
— Nie, ale słyszałem, że effendi nazywa ciebie Halefem.
— Halef? — zawołał mały tonem pogardy. — Co to je st Halef? Wielu nosi to imię. Ale czy wszyscy są hadżymi? Czy oni mają ojców i dziadów, przodków i praszczurów, którzyby także byli hadżymi. Powiadam ci, że jestem hadżi Halef Omar Ben hadżi Abul Abbas Ibn hadżi Dawud al Gossarah. Przodkowie moi należeli do bohaterów, którzy żyli tak dawno, iż nikt o nich me wie, nawet ja. Czyż ty możesz to o swoich przodkach powiedzieć?
— Tak.
— Jakto?
— Ja także nic o nich nie wiem.
Dozorca wypowiedział to z poważną ironią. Halef popatrzył nań gniewnie, a potem zrobił ręką ruch wzgardliwy, odwrócił się i wyszedł z następującemi słowy na ustach:
— Więc milcz! Kto nie wie nic o swoich przodkach, temu wara zemną się porównywać!
— Ależ — zawołał za nim dozorca — sam teraz przyznałeś, że nic nie pamiętasz o swoich przodkach!
— To są moi, ale nie twoi. Zresztą zbyteczna rzecz o nich coś wiedzieć, skoro są tak sławni, że im tego nie potrzeba! — krzyknął Halef w największym gniewie i wyszedł.
— To szczególny człowieczek, ten twój towarzysz zaśmiał się dozorca.
— To poczciwiec, wierny, zręczny i nieustraszony, odrzekłem. — On się rzeczywiście nie boi węglarza. To ci miał zamiar powiedzieć, ale na swój sposób. Jest właściwie mieszkańcem pustyni, a ci ludzie lubią się tak wyrażać. Trzebaby zaglądnąć do krawca. Może się już z mojem ubraniem uporał.
— Ja zaś muszę między ludzi rozdzielić robotę. Wybaczysz mi to, effendi.