Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/280

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   262   —

— Nieznane nam były wszystkie drogi, które przebyliśmy w tym kraju, a jednak zawsze jechaliśmy dobrze.
— Więc nie życzysz sobie przewodnika?
— Nie.
— No to przepraszam. Sądziłem, że ci wyświadczę przysługę.
Chciał się odwrócić. To nie wyglądało tak, jak gdyby obcy dał mu jakieś pilne zlecenie. Dlatego badałem dalej:
— Kto jest ten, o którym mówisz?
— To oczywiście towarzystwo nie dla was. To ubogi krawiec, nawet bez stałego miejsca zamieszkania.
— Jak się nazywa?
— Afrit.
— To nie zgadza się z jego postacią. Na imię mu: „Olbrzym“, a powinienby się Karłem nazywać.
— On nie odpowiada za swoje imię, bo zawdzięcza je swojemu ojcu. Może to był także taki mały i pragnął, żeby syn był większy.
— Czy stąd pochodzi?
— Nikt nie wie, gdzie się urodził. Znają go wszędzie tylko jako krawca wędrownego. Gdzie dostanie zajęcie, tam zajeżdża i pozostaje, dopóki nie skończy roboty. Zadowala się wiktem i drobną zapłatą.
— Czy jest uczciwy?
— W wysokim stopniu. Stał się nawet przysłowiem dla swej bezinteresowności. „Uczciwy jak wędrowny krawiec“, mówi się zwykle.
— Skąd dziś przybywa?
— Ze Sletowa, położonego na północ od nas.
— A dokąd zdąża?
— Do Uskub i dalej. Ponieważ ty także tam się udajesz, myślałem, że dobrze zrobię, jeśli ci go polecę. Gościńcem musisz daleko kołować, a drogę prostą dość trudno znaleźć.
— Czy mówiłeś z nim już o nas?
— Nie, panie. On nie wie wcale, że tu są obcy.