Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   133   —

— W Mekce byłoby to niebezpieczniej niż tu, gdzie tylu jest chrześcijan.
— Więc nie jesteś muzułmaninem, lecz chrześcijaninem?
— Jestem chrześcijanin.
— I nosisz hamail na szyi, napisany w Mekce i tylko tam sprzedawany.
— Ja mam go stamtąd.
— I mimoto jesteś chrześcijaninem? Trudno mi w to uwierzyć!
— Dowiodę ci tego zaraz, skoro powiem, że wasz Mohammed klęczeć musi nizko pod Chrystusem Synem Bożym. Czy muzułmanin wymówiłby te słowa?
— Nie, nigdy. Popełniasz bluźnierstwo przeciwko naszej wierze, ale dowiodłeś tem, że jesteś chrześcijaninem i Frankiem. Jesteś może tym, który Manacha el Barsza postrzelił w ramię?
— Kiedyż to się stać miało?
— Wczoraj wieczorem koło chaty Mibareka.
— Ja to byłem zaiste. A więc jego trafiłem. Było ciemno tak, że nie mogłem osób rozpoznać. Ty wiesz o tem?
— Mówili o tem ciągle. W takim razie wy jesteście owymi obcymi, którzy wzięli Mibareka i tamtych trzech do niewoli?
— Tak jest.
— Więc wybacz, panie, że cię obraziłem. Prawda, że tylko złe rzeczy o tobie słyszałem, ale to złe, które mówią o drugich źli ludzie, zmienia się w dobre. Jesteście wrogami tych złodziei i oszustów i dlatego macie niewątpliwie dobre serca.
— Czy masz już do nas zaufanie?
— Tak, panie.
— Powiedz nam zatem, jak zetknąłeś się z tymi ludźmi?
— Owszem, panie. Zsiądź z konia i usiądź koło nas na ławce. Ojciec ci się ustąpi, a ja ci wszystko opowiem.