Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/408

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   380   —

— Nie bójcie się. Będziecie ciągle za mną stali i nie opuścicie tego miejsca bez mego pozwolenia.
Wyszedłszy ze stajni, zauważyliśmy jakiegoś człowieka, stojącego w pobliżu i obserwującego nas widocznie,
— Kto to? — zapytałem Janika.
— Jeden z parobków, którzy prawdopodobnie pilnowali koni waszych wrogów. Czy zapytasz go, gdzie są te drzewa?
— Onby tego nie powiedział.
— Pewnie, że nie.
— W takim razie wolę słów oszczędzić, gdyż Humun z pewnością mi objaśni wszystko.
Wyszedłszy do sieni, ujrzałem go opartego o ścianę. Stał tak, że mógł przez drzwi spoglądać na stajnię. Zaszczycał nas zatem swoją uwagą.
— Czego tu chcecie? — ofuknął.
— Pragnę pomówić z twoim panem, Muradem Habulam — odrzekłem.
Nie odważył się spojrzeć wprost na mnie, gdyż obawiał się mojego wzroku i na dał palcom swoim pozycyę, która ma skutkować przeciwko złemu spojrzeniu.
— To nie może być — oświadczył.
— Czemu nie?
— Bo śpi.
— Więc proszę, byś go obudził.
— Tego mi nie wolno.
— Ale ja sobie tego życzę!
— Nie obchodzą mnie twoje życzenia!
— W takim razie rozkazuję ci! — powiedziałem z wielkim naciskiem.
— Ty nie masz prawa mnie rozkazywać!
— Halefie, harap!
Zaledwie te dwa słowa padły z ust moich, zaczął kurbacz trzaskać po plecach tego wroga z taką siłą, że uderzony skurczył się natychmiast aż do ziemi. Natomiast Halef wołał:
— Kto nie ma prawa tobie rozkazywać, grubijani-