Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/407

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   379   —

— Chcesz odjeżdżać, effendi? — zapytał Janik strapiony.
— Tak, ale nie zaraz. Chciałbym tylko, żeby konie były gotowe na wszelki wypadek. Ciebie i Ankę zabieramy z sobą.
— Ależ Murad Habnlam się na to nie zgodzi!
— Postaram się o to, żeby dał zezwolenie.
— Bylibyśmy ci wdzięczni podwójnie. Przybyłeś tu, jak gdyby...
— Cicho! Wiem już, co chcesz powiedzieć i wystarczy nam na razie to, że jesteś człowiekiem dobrym i wdzięcznym.
Wyszli, ja zaś usiadłem na krześle pani Habulamowej i kazałem się potoczyć za nimi.
Pierwsza szarość świtu pojaśniała tymczasem. Można było widzieć dość daleko. Deszcz ustał całkiem, a niebo wskazywało na pogodę.
Aby się dostać do stajni, musieliśmy minąć otwarty budynek w kształcie szopy. Dach spoczywał na tylnej ścianie, a z przodu na słupach drewnianych tak, że można było widzieć wszystko, co wewnątrz się znajdowało. Zauważyłem tam wóz, ale nie z tych ciężkich, zwanych araba i zaprzęganych wołami, lecz lepszej i ładniejszej budowy, jakie w tamtych stronach nazywają koczu lub hintot. Obok wisiała turecka at takymy[1] na ścianie, tak, co prawda, podobna do naszej, jak wełniany łeb czarnego stróża haremu do fryzury francuskiego baletmistrza. Oba te przedmioty nadawały się do mego zamiaru, zwłaszcza że w stajni obok innych koni stał jeden młody i żwawy, w sam raz do tej uprzęży. Przypilnowałem napojenia i osiodłania koni i kazałem się potem zawieźć do Habulama.
— Czy ja i Anka mamy pójść także? — spytał służący.
— Tak jest.

— Ale nam się dostanie!

  1. Uprząż.