Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/378

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   352   —

z nią do Stambułu i tam się ożenił. Jestem tylko ciekawy, jak ten cudzoziemiec zdołał wyśledzić jej miejsce pobytu.
— Właśnie dzięki swojemu złemu wzrokowi — rzekł Habulam. — On wszystko widzi i odkrywa. Czy ten, któremu sprzedałeś Senicę, a któremu on ją uprowadził, nie zemścił się na nim potem?
— Chciał, ale nie doszło do tego, gdyż dyabeł opiekuje się tym łotrem. Jemu samemu, czy też któremuś z jego towarzyszy podróży, udało się potem zamordować mego przyjaciela. Teraz ścigają mnie razem z Oską. Zemsta nademną jest oczywiście najgorętszem życzeniem starego Czarnogórca.
— Tego mu się wkrótce odechce!
— I moje takie zdanie; dlatego zostawcie starego mnie. Miridit niech wyszuka tego, którego nazywają Omarem.
Mindit stał bez ruchu dotychczas na swojem miejscu z rękoma skrzyżowanemi na piersiach, nie wtrącając się do ogólnej rozmowy ani jednem słowem. Teraz jednak wykonał ręką ruch, jakby się przed czem zastrzegał i rzekł spokojnie:
— Ten Omar nic mnie dziś nie obchodzi.
— Nie? — zapytał Habulam ze zdumieniem. — Wybrałeś sobie zatem innego? Może tego, którego oni nazywają Halefem? Uważałem cię za odważniejszego, niż się teraz okazujesz.
Oko Miridita błysnęło gniewem; mimoto zapytał w tonie spokojnym:
— Ty sądzisz, że mi brakuje odwagi?
— Tak. Wybrałeś dla siebie najmniejszego z naszych obecnych wrogów!
— Kto to powiedział? Czy może ja?
— No, tego można się łatwo domyślić.
— Nie pozwalaj sobie na żadne domysły. Zarzucisz mi może, że mię zupełnie odwaga opuściła, jeśli oświadczę wam dzisiaj, że nie podejmuję się żadnego z nich zabić.