Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/385

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   359   —

nie wymówię, o ile mnie do tego nie zmusisz. Zanim się w ten sposób stanę zdrajcą względem ciebie, użyję innego słowa, słowa, którego się nie słyszy, lecz widzi i czuje. A jeśli chcesz wiedzieć, jakie to słowo, to popatrz: mam je w ręku!
Dobył noża z za pasa i potrząsnął nim nad Mibarekiem.
— Allah! Czy chcesz mnie zakłuć? — zawołał Mibarek ze strachem.
— Ani teraz, ani później tego nie zrobię, jeśli do tego nie dasz powodu. Nie zapomnij o tem! A teraz dobranoc!
Schował nóż, odsunął snopy i wylazł. Na skinienie Habulama poszedł za nim Humun ostrożnie. Powróciwszy niebawem, oznajmił, że Miridit się rzeczywiście oddalił.
— Temu Allah rozum odebrał! — mruknął Barud el Amazat — Na niego już liczyć nie można.
— Istotnie — potwierdził Mibarek. — Ale on mi nie groził daremnie. Postaram się, żeby nie mógł nam szkodzić.
— Czy chcesz go zabić? — spytał Manach el Barsza.
— Nie wiem jeszcze, co zrobię, ale mamy nowy dowód, że tego Franka trzeba koniecznie sprzątnąć z tego świata. Teraz zachodzi pytanie, kto ma zabić Omara.
— Ja go biorę na siebie — rzekł Humun.
— Dobrze! Pozostaje więc jeszcze ten mały hadżi. Niestety ja dopomóc wam nie mogę, bo jestem ranny.

— To oddajcie go w moje ręce — odezwał się Manach el Barsza. — Będzie to dla mnie rozkoszą zdmuchnąć światło jego życia. On mały i słaby pozornie, ale nie należy go niedoceniać. Ten karzeł posiada odwagę pantery, a zręczny jest jak atmadża[1]. Słyszeliśmy także, że cieszy się znaczną siłą fizyczną. Nie uważajcie więc tego za brak odwagi, iż jego zamierzam

  1. Wróbel.