Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/386

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   360   —

zabić. Co do tego zaś, kiedy to wykonamy, radzę nie obierać jakiejś oznaczonej godziny. Będziemy nadsłuchiwali co chwila. Skoro tylko spostrzeżemy, że się pokładli, przystąpimy do dzieła.
— Tak i ja sądzę — oświadczył Habulam. — Ja muszę wszystko przygotować i oddalę się teraz. Humun pójdzie ze mną, ale będę go przysyłał od czasu do czasu do was z zapytaniem, czy już zaczynać.
— Zaczekaj jeszcze chwilę! — prosił Mibarek. — Chciałbym się jeszcze o niektóre uboczne rzeczy zapytać.
To skłoniło mnie do odwrotu. Po odejściu gospodarza niełatwoby mi może było szopę opuścić. Należało przypuścić, że zachowaliby wtedy milczenie, a w takim razie usłyszeliby szelest słomy. Teraz zaś zabrzmiały ich głosy tak donośnie, że uszedł ich uwagi szmer spowodowany powolnem i ostrożnem wyłażeniem. Udało się. Ale jak teraz dostać się do wieży? Nie było to daleko, ale nie miałem na czem się oprzeć. Wtem otworzyły się drzwi i Osko wychylił głowę, co zresztą czynił co kilka minut. Zauważył mnie, przybiegł, wziął jak wór na plecy i zaniósł do wieży, a tam posadził na dywanie tak, że drzwi miałem przed sobą. Kazałem je o tyle otworzyć, że z zewnątrz można było rzucić okiem do środka.
— Naco to? — spytał Omar. — Deszcz tu napada.
— To drobnostka. Burza nadciąga z drugiej strony. Gospodarz powinien móc tu zaglądnąć, żeby nas tu wszystkich razem zobaczył. Janik tylko niechaj tak stanie, żeby go nie było widać.
Służący zajął miejsce za drzwiami, ja zaś opowiedziałem, co widziałem i usłyszałem. Starałem się przytem nie zdradzić się wyrazem twarzy, że rozmowa nasza odnosi się do rzeczy tak ważnej. Gdyby Habulam i Humun tu zaglądnęli i ujrzeli mnie mówiącego, musieliby pomyśleć, że rozmawiamy o czemś zupełnie niewinnem.
Opowiadanie trwało tak długo, że po skończeniu jego musiałem przypuścić, iż Murad Habulam już do zamku powrócił. Dlatego kazałem drzwi znowu zamknąć.