Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   38   —

— Hakk, tamam, wurynic onu, kezynic onu — dobrze mu tak, dobrze, walcie go, walcie! — zawołało kilka głosów, przyjaznych nam.
Halef skinął wielce łaskawie w stronę, skąd go doszły głosy i rozpoczął swe dzieło dobroczynne. Oddawał mu się z rozczulającym zapałem. Gdy schował napowrót harap hipopotami, dał ukaranemu następującą dobrą radę:
— Proszę cię teraz, żebyś w najbliższych dniach nie siadał na nic twardego. Mogłoby to zaszkodzić blaskowi twoich oczu, piękności twego oblicza, harmonii rysów twarzy i powadze twej mowy. Nie przeszkadzaj skutkom naszego szlachetnego uczynku i błogosław od obecnej młodości aż do późnych lat swoich obcym, których pojawienie się było taką łaską dla ciebie. Spodziewamy się, że dzień dzisiejszy obchodzić będziesz uroczyście, a my wspominać cię będziemy w tym samym czasie ze szczególnem współczuciem. Powstań i złóż na mej ręce należny pocałunek wdzięczności!
Głośny śmiech rozległ się po tej, z wielką godnością wygłoszonej przemowie.
Puszczony przez Oskę i Omara kodża basza, powstał powoli i przyłożył obie ręce do opisanej przez Halefa okolicy ciała. Kiedy mały pogromca zbliżył się do niego, huknął wściekle:
— Człowiecze, drabie, psie! Co uczyniłeś! Znieważyłeś ciało władzy! Każę ciebie i twoich zakuć w kajdany...
— Nie rozdrażniaj się! — przerwał mu Halef. — Jeśli nazywasz zniewagą to, że dostałeś tylko dwadzieścia, to naprawimy ten błąd natychmiast. Jeszcze raz go połóżcie!
— Nie, nie! — krzyknął kodża! Idę już, idę!
Chciał się czemprędzej oddalić, lecz ja pochwyciłem go za ramię.
— Zostań tu, kodża baszo! Mam do ciebie słóweczko!
— Nic nie mam z tobą do gadania, nic zupełnie — zawołał, podczas gdy ja wciągałem go w obręb koła. — Nie chcę o was nic wiedzieć. Dokuczyliście mi już dość!