Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   39   —

— To zaiste bardzo prawdopodobne, ale ja muszę się czegoś dowiedzieć od ciebie. Zabierz ręce z tyłu! Nie wypada ich tam trzymać, gdy się mówi z effendim.
Usiłował pójść za tym rozkazem, ale przychodziło mu to widocznie z wielkim trudem, gdyż to prawą, to lewą rękę puszczał w ruchy powrotne.
— Nazwałeś nas podpalaczami. Jaką miałeś do tego podstawę?
To pytanie wywołało u niego widoczne niezadowolenie. Gdyby pozostał przy swojem twierdzeniu, baty mogły się łatwo powtórzyć; gdyby zaś zaprzeczył własnym słowom, wówczas wyszedłby wobec wszystkich na kłamcę. Poskrobał się lewą ręką w łysą głowę, trzymając prawą po drugiej stronie bioder i odrzekł dyplomatycznie:
— Tak myślałem.
— A dlaczego tak sądziłeś? Kodża basza powinien umieć wyjaśnić każdą myśl swoją.
— Ponieważ byliście tutaj przed nami. Spostrzegliśmy, że się pali i przybiegliśmy, a was zastaliśmy już tutaj. Czy to nie dostateczna podstawa do podejrzenia?
— Nie, bo mogliśmy przybyć tu tak samo, jak wy, widząc pożar. Ale przypomnij sobie! Czy rzeczywiście byliśmy tu przed tobą?
— Naturalnie! Spotkaliście przecież mnie, gdy nadchodziłem.
— A ja sądzę, że ty wyprzedziłeś tu nas.
— Niepodobna!
— A jednak. Widzieliśmy cię stąd schodzącego.
— To jakaś wielka pomyłka z twojej strony.
— Nie, całkiem pewnie! Poznaliśmy ciebie.
— Panie, ty się łudzisz. Byłem w domu i spałem. Obudził mnie dopiero krzyk wielki. Wstałem, wyjrzałem drzwiami, zobaczyłem ogień na górze i przybiegłem, gdyż jako przedstawiciel władzy poczuwałem się do tego obowiązku.
— Czy jesteś także obowiązany jako przedstawiciel władzy do ostrzegania zbiegłych zbrodniarzy?