Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/348

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   324   —

Karzeł zmyślił oczywiście to kłamstwo, aby zwabić mnie do pułapki. Habulam to zrozumiał, bo zauważył:
— Panie, moja biblioteka bynajmniej tyle nie warta, jak sądzisz. Dla mnie wystarcza, ale dla człowieka, jak ty, jest zbyt nieznaczna.
— Mimoto spodziewam się, że mi ją pozwolisz obejrzeć.
— Dobrze, ale nie teraz. Jesteś znużony i każę was zaprowadzić do waszego mieszkania.
— Gdzie ono?
— Nie w tym domu, gdyż tu zanadtoby wam przeszkadzano. Przygotowano dla was na mój rozkaz kulle jaszly anaja; tam będziecie jak u siebie.
— Zastosujemy się do twej woli. Dlaczego ten budynek nazywa się wieżą pramatki?
— Ja sam nie wiem. Powiadają, że stara niewiasta wracała często po śmierci i stawała wieczorem w śmiertelnej koszuli na ganku wieży i błogosławiła stamtąd swoje dzieci. Czy wierzysz w strachy?
— Nie.
— Więc staruszki także bać się nie będziesz?
— Ani myślę! Czy odwiedza ten budynek czasem i teraz?
— Ludzie tak twierdzą i dlatego nie wchodzą nocą do wieży.
Naco on mi te skrupuły wyliczał? Jeśli w wieży straszyło, to był to raczej powód do tego, żebym nie przyjął tam noclegu. Może ktoś w szatach widma miał nam co zrobić, aby potem zwalić odpowiedzialność na staruszkę? To myśl dziecinna, która mogła tylko zrodzić się w głowie takich ludzi.
— Ucieszylibyśmy się — odpowiedziałem — widokiem stracha i spytalibyśmy go, co się tam dzieje w krainie umarłych.
— Odważyłbyś się?
— Z pewnością.
— Ale mogłoby ci to wyjść na złe. Nie należy z duchem rozmawiać, gdyż łatwo życiem to przypłacić.