Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   84   —

— Chyba nie.
— Jak się kodży baszy powodzi?
— Siedzi.
— Mam nadzieję, że nie przedsięweźmiesz niczego, celem uchylenia go od zasłużonej kary.
— Co ty o mnie myślisz? Jestem wiernym sługą padyszacha i spełniam zawsze swój obowiązek. Zato mógłbyś mi zrobić grzeczność i przemówić za mną u hadżego.
— No, przypomnę mu.
— A czy pozwolisz, że przyprowadzę jeszcze kilku ludzi?
— Nic nie mam przeciwko temu.
— Niebawem wrócę. Muszę powiedzieć poczciwemu Tomie, który tak pragnie to zobaczyć.
— Kto jest ten Toma?
— Załatwia polecenia i jest posłańcem między Ostromdżą a Radowicz.
— Czy to człowiek porządny?
— Bardzo. Gdy się wczoraj oddaliłeś, chwalił cię nadzwyczaj. Opowiedziałem mu, że twój hadżi zjada kartki Koranu i że go się dlatego kula nie chwyta. Gorąco życzy sobie o tem się przekonać naocznie. Cieszy się wami i jest waszym przyjacielem. Czy mogę go przyprowadzić?
— Owszem!
Odszedł krokiem pośpiesznym.
Jak łatwo przeniknąć myśli tych ludzi! Zacząłem podejrzewać, że ten poczciwy posłaniec Toma otrzymał polecenie od Aladżych śledzić nas i donieść im potem. Niebawem zauważyliśmy skutek starań kazy muftiego. Nadeszło mnóstwo ludzi, z pod których podziwienia pełnych spojrzeń usunęliśmy się w ten sposób, że usiedliśmy w izbie. Wyszukał nas tam jednak „prokurator państwowy“.
Przyprowadził z sobą krzywonogiego człowieka, którego przedstawił w słowach następujących:
— Patrz, effendi, oto posłaniec, o którym ci wspominałem.