Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   83   —

— Co? Ty także?
— Jak ci powiadam.
— Więc zjadasz także kartki z Koranu?
— Nie dopytuj się za wiele! Takich tajemnic nie zdradza się nikomu.
— Więc moglibyśmy strzelać do was wedle upodobania?
— Tak, jeśli wam się już życie sprzykrzyło.
— Jakto? Ja wcale jeszcze tego nie odczuwam.
— W takim razie miej się na baczności i nie strzelaj do żadnego z nas, nie zapytawszy poprzednio o pozwolenie.
— Czemuż, effendi?
— Jeśli się zgodzimy, można to czynić bez szkody, kto jednak dopuściłby się tego skrycie, na tego kula odskoczy i wbije mu się w to samo miejsce, w które mierzył w nas.
— Jeśli więc wyceluję w głowę tobie lub twemu hadżemu, to kula trafi w moją głowę?
— Całkiem pewnie; czy chcesz spróbować?
— Nie, effendi, dziękuję! Czemu jednak urządziliście to tak, a nie inaczej?
— Powinieneś to łatwo odgadnąć w swej bystrości. Idzie o nieprzyjaciół. Aby ich ukarać, nie dość, żeby kule nam nie szkodziły; muszą ich trafić tam, gdzie w nas ugodzić miały. Oto jest stare prawo sprawiedliwego i dokładnego odwetu.
— Ewwet, gec iczin gec, disz iczin disz — tak, oko za oko, ząb za ząb. Wobec tego nie chcę być waszym wrogiem. Kiedy znowu stąd wyjeżdżacie?
— Cieszysz się, że się oddalimy?
— Nie; wolałbym, żebyście tu pozostali na zawsze. Ale spowodowałeś u nas wielki przewrót.
— Ale na dobre!
— Tak i za to jesteśmy ci wdzięczni, chociaż powinno się wszystko zostawiać tak, jak to Allah urządził.
— Czy było wolą Allaha, żeby was Mibarek oszukiwał, a kodża basza waszych więźniów uwalniał?