Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/293

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   275   —

— Może sobie przypomnę. Kara... kara... Halefie, ty słyszałeś także to słowo. Czy nie przychodzi ci na myśl?
— Karanorman? — odrzekł hadżi, gdyż rozumiał mnie dobrze.
— Tak, tak. Karanorman — chan! Czy znasz go, Africie?
Zdawało się, że się namyśla przed odpowiedzią.
— Tak, teraz wiem, o co ci chodzi, ale to nie jest wielki chan, lecz ruina. Nikt tam nie mieszka. Niegdyś, przed wiekami był to wielki karawanseraj. Potem zrobiono z tego karauł, strażniczą wieżę dla żołnierzy pogranicznych, a teraz leży już w gruzach. Co mówiono o tej miejscowości?
— Że tam podobno Szut grasuje.
Po jego łagodnej twarzy przemknęło drżenie; zdawało się, że walczy z nagłem wewnętrznem wzruszeniem. Potem spojrzał mi w twarz tak samo spokojnie i łagodnie, jak przedtem i odpowiedział:
— Kto wie, czy cię w tym wypadku nie wzięto na fundusz.
— Takie twoje zdanie?
— Tak. Ja znam doskonale to miejsce. Bywałem tam o wszystkich porach dnia i nocy i nie zauważyłem nic, coby świadczyło o tem, że to podanie oparte na prawdzie. W całej okolicy także nic o tem nie wiedzą, Twierdzą nawet, że właśnie tam mniej o Szucie wspominają niż gdzieindziej.
— Niewątpliwie wystrzega się drażnić ludność właśnie tam, gdzie sam przebywa.
— To możliwe. Widzę, panie, że jesteś przebiegły i łatwo docierasz do dna rzeczy. Ale to może się stać zgubą dla ciebie. Wiesz, ja podejrzewam cię, iż szukasz Szuta?
— Ach! Skądże ci to przyszło na myśl?
— Naprowadza na to całe twe zachowanie.
— Słuchaj! Przekonywam się, że i twoja bystrość nie jest bez wprawy. To może tak samo łatwo ciebie zgubić.