Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/346

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   322   —

— Effendi, czy potwierdzasz prawdą słów tego hadżego?
— Słowo w słowo.
— A więc chciano was w ostatnich czasach codziennie zabić.
— Tak jest.
— I uszliście tak szczęśliwie mordercom? Jesteście w takim razie wielkimi ulubieńcami Allaha!
— A gdyby się było mordercom udało, to oni byliby ulubieńcami Allaha?
— Nie, ale śmierć wasza byłaby zapisana w księdze żywota, a co tam zapisane, tego nawet sam Allah zmienić nie może. To kismet.
— Wobec tego mam nadzieją, że kismet tych łotrów spełni się i że jeszcze na ziemi dosięgnie ich zasłużona kara.
— To zależało od ciebie, ponieważ ich oszczędzałeś.
— Nie chciałem być ich sędzią.
— Czy to wszystko przedstawisz w swojej książce? O Szucie, o Aladżych, o Manachu el Barsza, o Barudzie el Amazat i o starym Mibareku?
— Wspomną o wszystkich.
— To dla nich kara okropna! Czy myślisz, że spotkasz się z nimi raz jeszcze?
— Całkiem pewnie, bo mnie ścigają. Tu w twoim domu jest oczywiście bezpiecznie; zawdzięczam to tobie i zacnemu krawcowi Afritowi. Ale jutro, skoro tylko wyjadę, będą złoczyńcy znowu za mną.
— Nie zrobisz memu domowi tego wstydu, żebyś miał tylko jedną noc przespać pod moim dachem.
— Namyślę się nad tem. Zresztą, wedle twego własnego zdania, jest to już od wieków zapisane w księdze żywota, jak długo zostaną u ciebie. Ani ty, ani ja nie zdołamy tego zmienić. Nawet sam Allah tego nie potrafi.
— Tak jest, ale spodziewam się, że długo jeszcze będę nad sobą widział światło twych oczu. Mieszkam w swoim domu sam jeden, a ty upiększysz mój byt