Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/345

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   321   —

hadżi Dawud al Gossarah. Mój sławny ród dosiada najlepszych klaczy hassi ferdżahn w pustyni, a wojownicy mojej ferkahh zabijają lwa włócznią. Przodek mego pradziada jeździł z prorokiem do bitwy, a praszczur tych bohaterów jadał melony z Abrahamem, ojcem Izaaka Czy szereg twoich przodków jest tak zupełny?
— Szereg moich przodków sięga wysoko — odrzekł Murad, cokolwiek zakłopotany.
— To dobrze. Nie wolno bowiem nikogo sądzić wedle jego fajek i filiżanek, lecz wedle znanej liczby ojców. W raju czekają na mnie setki tych, których jestem umiłowanym potomkiem. Nie każdego uważam za godnego mej mowy, ale że mój pan i przyjaciel hadżi effendi Kara Ben Nemzi emir życzył sobie, żebym opowiadał, żądam, żebyś mi poświęcił swoją uwagę.
Odbyło się to wszystko z takim spokojem, jak gdyby Halef sam był przy tem, gdy jego praszczur jadał z Abrahamem melony. Zachowywał się tak, jak gdyby robił łaskę gospodarzowi, uznając go godnym swej mowy.
Teraz przedstawił mu w dobrze obmyślonych słowach zarys ostatnich wypadków. Żaden prawnik nie uczyniłby tego lepiej. Nie powiedział ani zgłoski, któraby zdradziła dawnemu dostawcy, iż wiemy, kim on jest dla nas.
Cieszyłem się w duchu Halefem i skinąłem mu głową na pochwałę, gdy skończył i rzucił mi spojrzenie z zapytaniem, jak rzecz swoją wykonał.
Murad Habulam udawał, że zapomniał się ze zdumienia. Odstawił fajkę, co u muzułmanina znaczy bardzo wiele, złożył ręce i zawołał:
— O Allah, Allah! Ześlijże Twego posłańca zemsty na ziemię, ażeby ogniem strawił tych złoczyńców, których zbrodnie wołają o pomstę do nieba! Czyż mam uwierzyć w to, co słyszałem? Nie mogę, nie, nie mogę!
Zapadł w milczenie, wyjął różaniec i zaczął perły jego przepuszczać pomiędzy chudymi palcami, jakby się modlił. Potem podniósł głowę, spojrzał na mnie badawczo i zapytał: