Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   108   —

— Mogą być silni, jak chcą, ale tym czterem nie poradzą, bo się ich kula nie ima.
— Kula się nie ima? Do stu piorunów! Nie wierzyłem w to nigdy i uważałem to zawsze za głupią bajkę, żeby się można zrobić odpornym na działanie kul. Czy ty sam to widziałeś dokładnie?
— Bardzo dokładnie; stałem tuż przy tem.
— Kule go nie trafiały, a on chwytał je nawet?
— Ręką. Gdy potem strzelano temi samemi kulami, przebijały deskę.
— To prawie nie do uwierzenia!
— Ale było przytem przeszło pięciuset ludzi, którzy na to patrzyli i kazali sobie kule podawać.
— W takim razie trzeba uwierzyć. Gdybym mógł tej sztuki dokazać, zjadałbym codzień cały Koran.
— Zdaje się, że tu nie tylko o to chodzi. Są tam w grze jakieś tajemnice.
— Bezwątpienia. Dałbym dużo zato, gdyby mi je kto wyjawił.
— Tego ci żaden nie zdradzi.
— Hm! A może przecież.
— Nie wierzę w to.
— Znam jednak dwie osoby, które mogłyby się o tem dowiedzieć.
— Kto taki?
— Ci rozbójnicy, którzy się na nich zaczają.
— O, ci chyba już najmniej!
— Ty tego nie rozumiesz, chociaż jesteś szeryfem. Przypuszczam, że Skipetarzy darują jednemu z tych obcych życie pod warunkiem, że zdradzi im tę tajemnicę.
— Zapominasz przytem o rzeczy najważniejszej — rzekłem z chłodnym spokojem.
— Cóż to takiego? — spytał pośpiesznie.
— Że ci ludzie nie boją się wcale Skipetarów; kula się ich nie ima, jak to sami przyznacie.
— Musimy to przyznać oczywiście, gdyż słyszeliśmy o tem z ust zupełnie wiarogodnych. Ale czy są także odporni na cięcia i pchnięcia?