Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   107   —

Opowiedziałem wszystko, jak się stało, poczem spytał mnie jeden ze Skipetarów.
— Czy nie wiesz, kiedy ci czterej wyruszą?
— Byłem przytem, jak jeden z nich się wyraził, że około południa.
— I myśmy o tem słyszeli, ale sądzimy, że mimoto nie nadjadą.
— Czemu nie?
— Boją się.
— O, ci obcy nie wyglądają jak ludzie, którzyby się obawiali. Kogożby zresztą?
— Skipetarów.
— Nie przypuszczam. Przecież ja sam nie czuję trwogi przed nimi, a cóż dopiero ci czterej. Gdybyście tylko broń widzieli jednego z nich!
— Słyszałem o tem. Miano mu jednak powiedzieć, że się Skipetarzy na nich zaczają.
— Nic mi o tem nie wiadomo. Słyszałem tylko o dwu rozbójnikach.
— A zatem przecież! Co wiedzą o tem?
— Że stary Mibarek wynajął dwu rozbójników do zamordowania wszystkich czterech.
— A skąd ty masz tę wiadomość?
— Z podsłuchanej rozmowy.
— Dyabli! Coza nieostrożność! Czy znali nazwiska zbójów?
— Nie. Zdaje mi się, że ich wogóle nie znają.
— A co nato ci czterej?
— Śmieją się.
— Allah w’ Allah! Śmieją się? — wybuchnął. — Śmieją się z tych, którzy na nich mają napaść?
— Tak; z kogóżby zresztą? — Sądzę, że jeśli w tym wypadku idzie o prawdziwych Skipetarów, to się tym obcym śmiać odechce niebawem.
— Wątpię?
— Co? Wątpisz? Czy sądzisz, że Skipetarzy to chłopcy bezsilni?