Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   57   —

Zabrzmiało wtedy wielogłośnie „tak“.
— Odpowiedz mi, effendi, jeszcze na jedno pytanie. Miałeś zapłacić za kaftan, ponieważ przypuszczaliśmy, że to ty go rozdarłeś. Czy nie sądzisz, że ten zań powinien zapłacić, kto go podarł?
— Zapewne! — odrzekłem, ucieszony w duchu z powodu tego nieprawdopodobnego zwrotu, a zarazem dlatego, że domyślałem się jego zamiaru.
— A kto go podarł?
— Kodża basza.
— Kto więc ma zań zapłacić?
— On sam.
— A gdzie wpłyną pieniądze?
— Do kasy sądowej.
— A ile musi zapłacić?
— Tyle, ile był wart kaftan w stanie niepodartym.
— To słuszne. Sam oceń, ile był wart?
— Był bardzo stary i brudny; nie dałbym był więcej jak piętnaście piastrów.
— Effendi, to za mało!
— Nie przedstawiał większej wartości.
— Co znaczy piętnaście piastrów dla kasy padyszacha?
— Padyszach przyjmuje chętnie i najmniejsze kwoty.
— Święte twoje słowo, ale czy wypada kodży baszy nosić tak brudny kaftan?
— Chyba nie.
— Pewnie, że nie. Godność jego urzędu wymaga, żeby ubierał się w bardzo dobrą, długą szatę i zawsze nową. A wiele kosztuje nowy kaftan?
— Widziałem takie ubrania w bazarze stambulskim po trzysta, a nawet pięćset piastrów.
— O to jeszcze nie są najdroższe. Kaftan za trzysta piastrów dobry dla ubogiego basz kiatiba; kodża basza musi mieć co najmniej za pięćset piastrów. Jak sądzisz?
— Zgadzam się z tobą.