Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   56   —

— Proszę cię, bądź tak dobry i wysłuchaj mnie!
— Więc mów!
— Czy jest dozwolone zatrzymać człowieka, chodzącego drogami zbrodni?
— Tak, to nawet obowiązek prawdziwego wiernego.
— Nie można mnie więc karać za to, że chciałem zatrzymać kodżę baszę!
— Za to nie.
— A poza tem nic nie uczyniłem.
— O, przecież mu kaftan podarłeś!
— Nie. Wezwałem go, by stanął, i pochwyciłem go za kaftan. Czy rozdarłaby się suknia, gdyby się on był nie ruszył z miejsca?
— Pewnie, że nie.
— A czy on został?
— Nie, uciekł.
— A więc kto rozdarł kaftan?
Odpowiedział dopiero po chwili:
— O Allah! To jest trudne pytanie. Muszę z niego dalej zdać sprawę.
— To niepotrzebne. Do rozstrzygnięcia tego wystarczy twoja sprawiedliwość.
— Więc się namyślę.
— Nie mam na to czasu, ani ochoty. Przyznaję, że kaftan podarto i...
— O — przerwał mi — ty przyznajesz. Jesteśmy zatem gotowi; płacisz za niego.
— Zaczekaj jeszcze! Odpowiedz mi: Czy ten kawałek wyrwano z kaftana, czy kaftan oderwano od tego kawałka? Ja stałem cicho i trzymałem, basza szarpnął się i kaftan oderwał.
Prokurator popatrzył w zamyśleniu na ziemię i zawołał:
— Słuchajcie, mieszkańcy Ostromdży i dowiedzcie się, jak sprawiedliwi są sędziowie wasi. Orzekam w imię prawa, zawartego w Koranie, że kaftan oderwano od kawałka. Czy jesteście tego samego zdania?