Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   58   —

— Czy mam kodżę baszą ocenić i ukarać wedle rangi basz kiatiba?
— Według jego własnej.
— Udzielam mu więc surowej nagany za to, że tak mało zważał na swój urząd i nosił tak powalany kaftan, oraz zasądzam go odpowiednio do godności na zapłacenie za nowy w cenie pięciuset piastrów. Jeśli nie ma gotówki, to zafantuję jego własność, a pieniądze odeślę do kasy. Postanawiam to i zarządzam na podstawie świętego Koranu, który jest naszą gwiazdą przewodnią. A teraz pójdzie kodża basza razem z parobkami swymi do więzienia. Surowość prawa zmiażdży go.
Basza zaczął się sprzeciwiać krzykliwie, ja jednak nie chciałem już słyszeć ani słowa. Skinąłem na towarzyszy i oddaliłem się. Obaj dzielni gospodarze, którzy tak odważnie wytrwali na swem stanowisku, poszli za nami.
Przed bramą stała kobieta, która zaraz przystąpiła do mnie, gdy tylko mnie zobaczyła. Była to Nebatia.
— Panie, czekałam na ciebie — rzekła. — Bardzo się bałam.
— O kogo? O mnie?
— O nie. Nie przypuszczam, żeby ci się mogło stać co złego. Truchlałam o siebie samą.
— Czemu?
— Strach mię zbiera przed zemstą panów z sądu. Czy zdradziłeś, że to ja powiedziałam ci wszystko?
— Nie, ani słowem.
— Dziękuję ci! Mogę więc być spokojna?
— Zupełnie. Postaram się zresztą o to i na innej drodze, żeby się twoja bieda skończyła. Odwiedzę cię, gdy dzień nastanie.
— Effendi, będziesz przezemnie mile widziany, bo zjawienie się twoje było dla mnie wschodem słońca. Niechaj Allah użyczy ci snu spokojnego i szczęśliwych marzeń!
Odeszła. W tem przypomniałem sobie coś, co mi