Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   175   —

Dlatego skinąłem jeszcze na ciebie, kiedy się odwróciłeś na moście.
— Zrozumiałem, że nakłonić mnie chciałeś do ostrożności. Co potem uczyniłeś?
— Poszedłem do sąsiadów, opowiedziałem im, co zaszło i zażądałem, żeby poszli ze mną do lasu uwolnić ciebie z rąk zbójów i ratować owych czterech obcych, na których mieli napaść.
— Ale oni nie chcieli — uzupełniłem jego opowiadanie. — Bali się zemsty Aladżych i zostali trwożliwie poza swoimi czterema słupami. Łatwo to sobie wyobrażam. Strach jest właśnie najgorszym wrogiem tego, który się boi. Gdzieindziej nie daleko zaszliby tacy Aladży; przymkniętoby ich czemprędzej.
— Masz na myśli swoją ojczyznę?
— Tak.
— Więc tam jest każdy bohaterem?
— Nie, ale tam nieścierpieliby, żeby jeden Skipetar napędzał wciąż ludziom strachu. Nasze prawa nie są surowe, przeciwnie, łagodniejsze, ale się je wykonywa, jak być powinno. Dlatego nikt nie boi się zemsty ludzkiej, bo policya jest dość silną, aby obronić każdego dobrego i uczciwego człowieka. A kto was broni?
— Nikt, panie. Strach to nasza jedyna obrona. Ktoby się, naprzykład, poważył sprzeciwić Aladżym, kiedy przyjdą doń i wydadzą rozkazy, ten ściągnąłby na siebie gniew i żadna władza nie potrafiłaby go obronić. Dlatego nie dziwiłem się, że sąsiedzi odmówili pomocy.
— Jest ich pewnie niewielu.
— Tak, a przytem panuje przekonanie, że każdy z Aladżych bierze na siebie dziesięciu ludzi.
— Hm! Ja w takim razie biorę z łatwością dwudziestu, bo ich zwyciężyłem.
— Tylko z pomocą Allaha, effendi! Ci zbóje są straszliwi. Mimo to postanowiłem ostrzec tych obcych i w tym celu usiadłem przed domem na ławce i wyglądałem ich.
— Czy ich widziałeś?