Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   174   —

łem, żeby do nas nie strzelano. Zaraz się dowiesz, jak tego dokonałem.
Opowiedziałem mu wszystko. Podczas tego twarz jego przedłużała się coraz to więcej i więcej. Następnie przyszedł do siebie z osłupienia, wysłuchał mnie aż do końca i rzekł z uśmiechem:
— Nadzwyczajnie mnie to cieszy, panie, że opowiedziałeś mi tę historyę. Odegram w Ostromdży wielką rolę, śmiejąc się z ludzi i mogąc im wytłómaczyć prawdziwy stan rzeczy. O gdybym im to mógł pokazać!
— Możesz. Mam jeszcze kilka kul. Jeśli mi przyrzekniesz ostrożność i nie zamieniasz ich za inne, to ci je podaruję!
— Daj mi je; wprawisz mnie w zachwyt z radości. Ale czy wiesz, że żywię teraz dla was jeszcze większy szacunek, niż poprzednio?
— Dlaczego?
— Bo to całkiem co innego ochronić się rozumem, niż czarami. I ja teraz sądzę, że magia składa się tylko z takich sztuczek. Osiągnąłeś swój cel, bo Aladży postanowili do was nie strzelać, lecz uderzyć na was toporami i nożami. Posłaniec opisał was tak dokładnie, że pomyłka była wykluczona. Następnie oddalił się, a w kwadrans potem przybyłeś ty.
— Za kogo mnie uważałeś?
— Za szeryfa. Nie mogłem przeczuć, że jesteś tym obcym effendim, na którego planowano morderczy napad.
— Czy podsłuchałeś także i naszą rozmowę?
— Nie, ponieważ mi się twoja osoba nie wydawała dość ważną. Przyszedłeś i byłeś dobry dla mnie i dla dzieci. Wyleczyłeś mi nawet córeczkę z bolu zębów. Nie wiedziałem wprawdzie, co z tobą mieli zrobić, ale byłeś względem nas przyjacielski, więc cię ostrzegłem.
— Z niebezpieczeństwem dla siebie samego!
— Nie było ono tak wielkie. Narażałem się tylko na kilka harapów. Gdy odjechali razem z tobą, zląkłem się przecież o ciebie; rzucali na siebie dziwne spojrzenia.