Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/339

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   317   —

wygody, głód i pragnienie znosić, a nawet wystawiać się na niebezpieczeństwa.
— Tak się rzecz ma istotnie.
— Potem siadasz i piszesz, aż cię oczy bolą, ażeby ciekaw i dowiedzieli się, na co patrzyłeś. Ale tobie to się na nic nie przyda.
— Czy podróż nie jest rozkoszą?
— Nie, to bardzo uciążliwe.
— Więc nie wyszedłbyś, na przykład, na wysoką górę, aby zobaczyć wschód słońca?
— Nie, bo mózg mój jest zdrowy. Nacobym porzucał wygodny dywan, gdzie mogę pić kawę i palić? Naco się mam wspinać, aby potem znowu w dół schodzić? To do niczego. Słońce wschodzi i zachodzi, chociaż mnie tam niema na górze. Allah to mądrze urządził i ja nie potrafię wspinaniem się nic już dodać do tego.
Takie są poglądy tych ludzi! Allah il Allah i wszędzie Allah! Oto hasło i usprawiedliwienie ich duchowego i cielesnego lenistwa.
— Więc nie podjąłbyś się trudów i niebezpieczeństw wielkiej podróży dlatego jedynie, aby poznać obczyznę? — zapytałem.
— Nie.
— Ale ja mam z tego korzyść, bo żyję z tego.
— Jakto, czyż możesz zjeść góry i wypić rzeki, które widziałeś?
— Nie, ale gdy taką książkę napiszę, dostaję za to pieniądze i to mój dochód.
— Ach! — rzekł — teraz rozumiem. Ty nie jesteś geografem, lecz kitabdżi[1].
— Nie, kitabdżi płaci mi za to, co napiszę, drukuje to potem w książce i sprzedaje czytelnikom. W ten sposób obaj zarabiamy.
Przyłożył palec do nosa, zamyślił się na chwilę i powiedział:

— Teraz już wiem. Ty jesteś tym, który przywozi kawę z Arabii, a kitabdżi rozprzedaje ją między ludzi.

  1. Księgarz.