Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   191   —

— To prawda, panie. Już samo położenie między dwiema rzekami jest nadzwyczaj korzystne. Następnie te wspaniałe góry, ciągnące się ku Sletowu i dalej. Wszystko zaprasza do przechadzek.
— Mówiono mi to. Szczególnie piękną ma być droga do derekuliby.
Umyślnie zwróciłem rozmowę na leśną chatę. Chciałem z ust człowieka bezstronnego dowiedzieć się, co to za miejscowość.
— Do derekuliby? — zapytał. — Nie znam jej.
— Więc miejsce to nie jest znane ogólnie?
— Nie słyszałem jeszcze o niem.
— Ale w tych okolicach podobno gdzieś znajduje się budynek tej nazwy.
— Wątpię. Tutaj się urodziłem i mieszkałem zawsze w Zbigancy. Musiałbym wiedzieć o tej chacie.
— Hm! Wobec tego nazwał ją tak tylko ten, który ze mną mówił.
— Prawdopodobnie.
— Ale nawet w takim razie istnieć gdzieś musi. Nazwa wskazuje, że stoi ta chata w jakimś parowie. Czy znasz coś takiego?
— Czy ma być zamieszkałą?
— Tego nie wiem.
— Jeśli niema mieszkańców, to znam ją. W lesie jest istotnie chata, położona w najciemniejszym kącie parowu. Zbudował ją z drzewa mój ojciec, bo las do niego należał. Przed kilku laty kupił ją rzeźnik od niego.
Ten fakt dowodził, że idzie o tę właśnie chatę. To też pytałem dalej:
— Na co ją twój ojciec zbudował?
— Aby tam przechowywać narzędzia, jak siekiery, szufle, łopaty i inne.
— A na co jej rzeźnikowi?
— Tego ja nie wiem. Nie przypuszczam, żeby miał jej używać, chociaż wmurował siedzenia, których tam przedtem nie było.
— Czy jest zamknięta?