Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   190   —

— Kto ci to pokazał?
— Bawerialy, który nauczył mnie gotować arpa suju. Skosztuj go tylko!
Nie kosztowałem, lecz napiłem się, bo piwo było wcale niezłe. Towarzysze poszli za moim przykładem. To też kazałem przynieść dzban znacznie większy, czem widocznie w lot zdobyłem sobie serce Bułgara.
Przyniósł dzban, który mógł nam do wieczora wystarczyć i zapytał, czy życzymy sobie także przekąski.
— Później — odrzekłem. — Mamy się przedtem jeszcze rozmówić z jednym z tutejszych mieszkańców. Czy znasz tu wszystkich?
— Wszystkich, jak są.
— I rzeźnika Czuraka?
— I jego. Był dawniej rzeźnikiem, a teraz handluje bydłem i podróżuje po okolicy.
Byłbym najchętniej odwiedził Czuraka w jego domu. W ten sposób najlepiej poznaje się i ocenia ludzi, ale chodzić niestety nie mogłem. Jechać zaś tam konno i dawać się wnosić do izby, byłoby zarówno niewygodnem, jak śmiesznem.
— W jakich ten człowiek znajduje się stosunkach? — zapytałem.
— W bardzo dobrych. Był dawniej biedny, ale handel przynosi mu widocznie wiele pieniędzy, bo on należy te raz do najbogatszych ludzi w tych stronach.
— Zażywa więc teraz dobrej sławy?
— Niewątpliwie! To bardzo zacny, pobożny, dobroczynny i poważany człowiek. Jeśli masz z nim jaki interes załatwić, to poznasz w nim rzetelnego człowieka.
— To mnie napełnia otuchą, bo mam do niego istotnie coś w rodzaju interesu.
— Czy znaczny?
— Tak.
— To pewnie tylko na razie do mnie zajechałeś, a zamieszkasz u niego.
— Nie, zostanę u ciebie. Cieszyłem się na Zbigancy, gdyż okolicę tutejszą przedstawiono mi jako bardzo uroczą...