Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   189   —

wowarem od tego, który był u mnie i od którego ja się nauczyłem.
— Skąd przybywał ten człowiek?
— Ze Stambułu.
Aha! Więc to on był napewno.
— A dokąd jechał?
— Do ojczyzny.
— Ale stąd którą drogą?
— Ku Tunie.
Ku Dunajowi, a zatem na północ, a ja na zachód. Wobec tego nie mogłem doścignąć gorliwego wysłańca Gambrinusa.
— Słyszałem już o nim — zauważyłem — i piłem nawet piwo jego wyrobu.
— Jakie było?
— Bardzo... ciepłe!
— W tym wypadku należy do tego nalać bardzo zimnej wody studziennej. Czy każesz sobie podać dzbanek?
— I owszem.
— Czy wielki?
— Daj najpierw mały na próbę.
Oddalił się na chwilę, a tymczasem nadeszli moi towarzysze. Wyprowadzili konie poza łąkę i powierzyli je opiece dozorcy. Gdy im oświadczyłem, że napiją się piwa, okazali wielką uciechę z tego powodu. Wydało mi się jednak, że czynią to więcej dla mnie niż z wewnętrznego popędu. Musieli oczywiście udawać, że cieszą się możnością skosztowania tego napoju.
Gospodarz przyniósł dzbanek pojemności może półtora litra. Otworzyłem odważnie usta i przyłożyłem do dzbanka. Zaiste uderzyło mnie w nos coś w rodzaju kwasu węglowego.
— Gdzie przechowujesz to arpa suju? — spytałem.
— W wielkich dzbanach z zamkniętym otworem.
— Dlaczego je zamykasz?
— Bo w arpa suju powstaje w ten sposób burzenie, dzięki czemu ono lepiej smakuje. Tworzą się bańki i unoszą się w górę.