Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   142   —

— A, to zaiste cudowny lekarz! Ale musimy się jeszcze umówić o bakszysz, który ci się będzie należał.
— A to zaco, panie?
— Zato, że nas zaprowadzisz do Taszkoj.
— Panie, ja nic nie wezmę!
— A ja nie chcę za darmo!
— Jużeście nas obdarzyli.
— To były dary, a tamto sobie zapracujesz. Nie mięszaj tych rzeczy!
— Ależ ja nie mogę żądać od ciebie pieniędzy. Jabym się wstydził!
— No, dobrze. Nie będzie to wynagrodzenie, lecz bakszysz. Dam to twojemu ojcu.
Kazałem Halefowi podać sobie sakiewkę i skinąłem na starego. Ujrzawszy pięćdziesiąt piastrów w swych pokrzywionych palcach, omal zmysłów nie postradał z radości i chciał mi zwrócić większą część pieniędzy.
— Nie przyjmę ani piastra — rzekłem stanowczo.
— Nie wiem, jak ci mam dziękować — odpowiedział. — Oby się hekimowi udało uzdrowić twoją nogę jak najrychlej!
— Miejmy nadzieję, ale powiedz mi, kufedżi, jak się nazywa ten sławny lekarz?
— Imię jego Czefatasz.
— Biada mi! Jeśli jego leczenie odpowiada nazwisku, to dziękuję za jego pomoc.
Czefatasz znaczy tyle co męczyciel.
— Nie obawiaj się! — pocieszał mnie koszykarz. — Nie przyłoży ci do nogi swojego imienia, lecz plaster, a na tem zna się wyśmienicie.
— To chodź, skoro już chcesz iść z nami! Schował sobie coś do przekąszenia na drogę i ruszyliśmy. Za kwadrans byliśmy w mieście. Przewodnik poprowadził nas przez otwarty bazar na ulicę, a potem przez bramę na szeroki, czysto utrzymany, dziedziniec. Halef udał się z nim do gospodarza, ja zaś pozostałem na siodle, aby nie natężać nogi zbytecznem chodzeniem.
Niebawem sprowadzili obaj gospodarza, który oświad-