Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   143   —

czył wśród uprzejmych usprawiedliwiań, że rozporządza niestety tylko małą izdebką, przytykającą do ogólnej izby gospodniej. Nie istnieje tu zwyczaj — mówił — żeby zajeżdżający żądali osobnych pokoi i niema też ich w całem mieście. Nawet dla mnie izdebkę musiano pierwej zamieść i przysposobić, ja zaś miałem tymczasem udać się do izby gospodniej.
Byłem z tego zadowolony i zsiadłem z konia. Noga mi spuchła tak, że z wielkim bólem stąpałem, opierając się mocno na Osce.
Przybywszy do izby, nie zastaliśmy w niej nikogo. Usiadłem w kącie obok drzwi, prowadzących do przeznaczonej dla mnie izdebki. Halef, Osko i Omar wyszli na dziedziniec, aby zająć się końmi.
W drodze nie pomyślałem o zdjęciu dotychczasowego ubrania. Wśród fanatycznej ludności byłoby to wysoce niebezpiecznem, ale tu nie posiadało to już ta kiego znaczenia.
Koszykarz ofiarował się zaprosić mi lekarza, a ja się na to zgodziłem. Ledwie on zamknął drzwi za sobą, zjawił się nowy gość. Siedziałem odwrócony plecyma i oglądnąłem się, aby go zobaczyć. Był to bokadżi Toma, posłaniec, który zdradził mnie przed Srokaczami.
— No, nie pokazuj się ty hadżemu! — pomyślałem i odwróciłem się, nie chcąc z nim mieć nic do czynienia. On jednak nie był tej samej myśli. Chciał może trochę porozmawiać. Z astał mnie tu jednego, przeszedł się więc kilkakrotnie tam i napowrót, a potem stanął z boku i zapytał:
— Czy jesteś obcy w tych stronach?
Udałem, że nie słyszę pytania.
— Czy jesteś obcy? — powtórzył podniesionym głosem.
— Tak — odrzekłem.
— Czy śpisz dziś tutaj?
— Nie wiem jeszcze.
— Skąd przybywasz?
— Ze Stambułu.