Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   144   —

— Ach, ze stolicy, z rumieńca na obliczu świata! Jesteś więc człowiekiem bardzo szczęśliwym, skoro mogłeś być tak blizko padyszacha.
— Blizkość jego uszczęśliwia tylko dobrych.
— Czy sądzisz, że tam jest wielu niedobrych?
— Jak wszędzie.
— A kto ty jesteś?
— Pisarz.
— A więc uczony. Z takimi chętnie rozmawiam.
— Ale ja niechętnie z innymi.
— Allah! Jakiś ty odpychający! Chciałem cię już zapytać, czy wolno usiąść przy tobie.
— Wolno, ale ci to żadnej przyjemności nie sprawi.
— Czemu?
— Twarz moja nie każdemu się podoba.
— Więc zobaczę, czy mnie się spodoba.
Usiadł przy moim stole na przeciwległej ławce i przypatrywał się mnie z ciekawością.
Wyraz twarzy jego nie da się opisać. Ja miałem jeszcze turban na głowie, a okulary na oczach i to go bałamuciło, chociaż wyglądu twarzy nie zmieniłem wcale. Otworzył usta, podniósł brwi na kształt dwu kątów ostrych, a oczy wwiercił we mnie z taką siłą, że musiałem się wysilać, żeby się nie roześmiać.
— Panie, effendi, kto ty jesteś? — zapytał.
— Już ci to powiedziałem.
— A powiedziałeś też prawdę?
— Ośmielasz się mnie kłam zadawać?
— Nie, na Allaha, nie, bo wiem, że... że...
Nie mógł dalej mówić ze strachu i wątpliwości.
— Cóż takiego? Co wiesz o mnie?
— Nic, zupełnie nic ponadto, że jesteś pisarzem i że mieszkasz w Stambule.
— Cóż tak pleciesz, jak na mękach?
— Jak na mękach? Ach, panie, to nic dziwnego. Zdaje mi się, że jesteś tym, o którym sądzę, że jest tym, o którym ten... o Allah! Przyznaję ci zupełną słuszność. Zbałamuciłem się całkiem, to podobieństwo zbyt wielkie.