Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   34   —

zini czykarmakdżilar, dar adżadży ipleri — rozbójnicy, mordercy, podpalacze, oprawcy, wisielcyj!
Głośny, szyderczy śmiech zabrzmiał w odpowiedzi. Bez tchu z natężenia zapytał mnie mały hadżi:
— Czy nie zajechałem im delikatnie, nie powiedziałem wyraźnie?
— Tak delikatnie, że cię wyśmiali.
— Brak im wykształcenia, nie umieją się zachować. Nie mają najmniejszego pojęcia o prawach grzeczności i zasadach towarzyskich. Trzeba nawet z wrogiem obchodzić się przyzwoicie i zwalczać go pięknymi, dźwięcznymi komplementami.
— Tego właśnie teraz dowiodłeś, kochany Halefie. Komplementa, jakie za nimi cisnąłeś, były istotnie milutkie.
— To nie ja uczyniłem, lecz gniew mój. Gdybym był ja sam mówił, byłbym uprzejmy. Teraz ich już niema. Co czynić?
— Na razie nic. Jesteśmy na tem samem, na czem byliśmy przed przyjazdem do Ostromdży. Wrogowie są przed nami, wolni i o jednego liczniejsi. Pogoń może się rozpocząć na nowo i kto wie, czy nadarzy nam się już kiedy taka dobra sposobność jak tutaj.
— Masz słuszność, zihdi. Tego kodżę należałoby na szubienicy powiesić!
— Nie tylko ich wypuścił, lecz oddał i konie w dodatku.
— Przypuszczasz?
— Oczywiście! Słyszałeś przecież, że mieli konie. Były dla nich przygotowane.
— On temu zaprzeczy.
— Kłamstwa mu nic nie pomogą. Oderwałem mu kawałek kaftana i mam go w kieszeni.
— Ale, co z nim zrobisz? Czy posiadasz nad nim jaką władzę?
— Niestety nie!
— No, w takim razie ja biorę tę sprawę w swoje ręce.