Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   79   —

— Czegóż ty szukasz? — spytała go piękniejsza jego połowa.
— Flaszki, aby temu effendiemu nalać do niej żywego srebra. Tu jest jakaś.
Podniósł się i podał żonie flaszkę tak dużą, że zmieściłaby w sobie cały jego zapas żywego srebra, a może nawet i więcej. Żona potrzymała flaszkę pod światło; spojrzawszy zaś na jej zawartość, rzekła:
— Tu jeszcze jest stary pokost!
— Co to szkodzi?
— Bardzo. Weź wody i wymyj ją!
Oddalił się z flaszką posłusznie i powrócił po chwili, podczas której rozmawiałem z uczoną niewiastą. Twarz poczerwieniała mu z natężenia. Oświadczył w tonie rozpaczy:
— Ja nie wyczyszczę jej, spróbuj sama!
— Jesteś tuman! — krzyknęła. — Wy mężczyźni do niczego sprytu nie macie.
Odeszła z flaszką, czemu nie sprzeciwiałem się ani słowem. Mąż tymczasem opowiedział mi w zaufaniu kilka przykładów swojego szczęścia małżeńskiego. Wreszcie wróciła ona jeszcze czerwieńsza niż on poprzednio.
— Effendi — biadała — flaszka zaczarowana. Pokost nie wychodzi.
— Wiedziałem o tem.
— Tak? Rzeczywiście?
— Nie usunie się go wodą, lecz terpentyną. Pokost nie rozpuszcza się w wodzie.
— Mogłeś nam to przecież powiedzieć!
— O nie! Byłbym was obraził!
— Dlaczego?
— Aptekarz powinien to wiedzieć. Wogóle wiedzą o tem nawet tacy, którzy nie uczyli się chemii. Gdybym był zwrócił na to waszą uwagę, popełniłbym niegrzeczność, boby to tak wyglądało, jak gdybym nie wierzył, że nauczyliście się dwu tysięcy i jednego lekarstwa.
— Masz słuszność. Jesteś człowiekiem bardzo grze-