Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/480

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   450   —

wartość kasy podatkowej. W Uskub nie może się już pokazać. Więc ty szukasz tego człowieka? Zostawał zawsze w przyjaźni z naszym konakdżim i teraz pewnie do niego zajechał.
— Czy potrafisz mi opisać drogę do Treska-Konak?
— Aby się dostać prostą drogą, trzeba dobrze znać tę okolicę. Opis byłby zbyt zawikłany. Jeśli jednak sobie życzysz, mogę ci dać człowieka pewnego i znającego te strony tak dobrze, jak ja. Poczyta sobie to za największy zaszczyt, że zaprowadzi cię do mego ojca; a że opowie ojcu o twoim dobrym uczynku, przeto możesz liczyć na jak najserdeczniejsze przyjęcie.
Przyjąłem tę pomoc z radością i zapytałem:
— Czy dom twego ojca daleko od konaku?
— Zaledwie o dwie minuty drogi.
— To mieszkańcy konaku zobaczą nas, gdy nadjedziemy?
— Jeśli się chcesz ukryć przed nimi, to niech cię mój szwagier tak zaprowadzi, żeby was nie dostrzegli. Zresztą ciemna noc będzie, gdy tam dotrzecie. Mój szwagier jest teraz jeszcze na krótko zajęty przy budowie. Skoro powróci, wydam mu polecenie. Teraz zapraszam was w gościnę. Już południe i musimy coś spożyć. Podam wam coś, co rzadko można spotkać w kraju Mahometan.
Otworzył skrzynię, napełnioną sianem i wyjął z niej szynkę, oraz kilka ciemno uwędzonych kiełbas.
— O Allah, Allah! Czy sądzisz istotnie, że będziemy jedli pośladki świni i pieczoną w dymie krew z jej mięsem? — zawołał Halef. — Prorok nam tego zakazał i popełnilibyśmy grzech wielki, gdybyśmy się trupem świni na wieki zanieczyścili!
— Nikt tego od ciebie nie wymaga, Halefie — rzekłem. — Co do mnie jednak, to zjem trochę z największym gustem.

— Ależ w tem są dżild kurtlar[1]!

  1. Tasiemce.