Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/456

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   428   —

i znalazłem się między nim a wsią. Obawa przedemną nie pozwoliła mu przejechać koło mnie, okrążyć także nie było którędy, bo po lewej stronie toczyły się żółte fale wezbranej wysoko rzeki.
Zatrzymałem się na środku gościńca, by zaczekać na towarzyszy. Suef się także zatrzymał o jakie czterysta kroków poza mną.
— Twój Rih ładnie się spisał — zaśmiał się Halef, nadjeżdżając. — Trudno wprost uwierzyć, żeby koń mógł być tak szybkim. Ale co uczynimy? Czy pomówisz z tym człowiekiem?
— Ani słowa, o ile nie będę musiał.
— Ależ on godzi na nasze życie!
— Ukaraliśmy go. Aby móc nadal występować przeciwko niemu, musielibyśmy zaczekać, dopókiby znów nieprzyjaźnie się względem nas nie zachował. Udamy teraz, że go nie znamy.
— Popełniliśmy przecież błąd wielki.
— Jaki?
— Że daliśmy mu bastonadę. Teraz może przynaj-