Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/455

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   427   —

dziesz mógł Hanneh, temu kwiatowi niewiast, opowiedzieć, iż jechałeś wagonem kolei żelaznej.
— Czemu nie?
— Po pierwsze nie wiem, czy kolej jest teraz w ruchu, a powtóre musimy ścigać naszych wrogów. Oni nie pojadą, a więc i my z konieczności wyrzekniemy się tej przyjemności.
Droga była już teraz znośna i dlatego posuwaliśmy się szybko naprzód. W pół godziny ujrzeliśmy wieś przed sobą. Na lewo szła droga z Kyprili przez Kapetanli Chan, a na prawo dalej do Uskub.
Przebiegając wzrokiem wzdłuż tego gościńca, zauważyłem jeźdźca, zdążającego wyciągniętym cwałem od Kapetanli. Kto po takim błocie jechał tak ostro, temu pilno było widocznie. Wziąłem dalekowidz do ręki, ale zaledwie przypatrzyłem się temu człowiekowi, podałem przyrząd Halefowi. Przyłożył go do oka, lecz opuścił natychmiast.
— Allah! — zawołał. — To ten Suef, który krawca udawał.
Nie pomyliłem się więc, sądząc, że opuści zaraz po nas Kilissely.
— Jedźmy kłusem — powiedziałem. — On chce ostrzec tamtych, ale to się stać nie powinno. On wie, dokąd oni pojechali.
— Ależ my go nie zdołamy wyprzedzić — rzekł Halef. — On już blizko wsi. Możemy go jednak doścignąć po drugiej stronie.
Tylko wówczas, jeżeli most jest na rzece. Jeżeli natomiast trzeba się przeprawiać czółnem lub promem, to zyska na oddaleniu. Ja pojadę naprzód.
Dotknąłem tylko boków karego i w tej chwili ruszył prawie z szybkością kolejowego pociągu. Suef nas dotychczas nie widział. Teraz jednak zauważyłem, że się zawahał, a potem zaczął konia gorliwie biczem obrabiać.
To prawda, że był bliżej wsi odemnie, ale koń jego nie mógł iść w zawody z moim Arabem. Gwizdnąłem, a kary szybkość podwoił. W minutę byłem na gościńcu