Strona:Karol May - Przez kraj Skipetarów.djvu/435

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   407   —

— Jeszcze nie. Udaj się natomiast do wieży. Przypominam sobie, że leżą tam kawałki zatrutej jajecznicy, które rzuciliśmy wróblom. Zbierz je ostrożnie. Mogą nam się jeszcze przydać.
Hadżi pospieszył natychmiast z uwagą:
— Mam jeszcze w kieszeni papierową torebkę z trucizną na szczury, którą odebraliśmy poczciwemu Habulamowi.
— To bardzo dobrze! Habulam śmieje się z nas, jak się zdaje. Po staram się, żeby spoważniał.
Halef, Janik i Anka odeszli. Pierwszy z nich wrócił, gdy skończyłem pisaninę. Przyniósł garść większych i mniejszych kawałków jajecznicy, która to ilość aż nadto wystarczyłaby do chemicznego rozbioru.
— Effendi, co z tem zrobisz? — spytał Habulam zakłopotany.
— Przedłożę aptekarzowi policyjnemu w Uskub, ażeby zbadał, że z zawartości tej torebki wsypano trochę do jajecznicy.
— Ależ to nie ma celu!
— Przeciwnie, nawet znaczny. Chcę trochę przytłumić twoją wesołość.
— Myśmy się nie śmiali!
— Nie kłam! Pogarszasz tem tylko sprawę.
— Musieliśmy się uśmiać z tego Karanormanchan.
— Dlaczego?
— Ponieważ go wcale nie znamy.
— Czy to takie śmieszne?
— Nie, ale Janik wspominał o jakimś dowódcy, o którym my nic nie wiemy, a miejscowość Karanormanchan jeszcze mniej nas obchodzi.
— Co? Wam istotnie nic nie wiadomo o Szucie?
— Nie — odrzekł, chociaż widziałem, jak się przestraszył, gdy wymówiłem to imię. — Obcym mi jest on, oraz miejscowość, o której mówicie.
— I nie znasz miejscowości, która by się nazywała podobnie?